Krugman, Friedman

Your ads will be inserted here by

Easy Plugin for AdSense.

Please go to the plugin admin page to
Paste your ad code OR
Suppress this ad slot.

Pieniądz jest widzę coraz bardziej intrygujący u czytelników tej strony. I dobrze!! Im więcej nam coś nie pasuje, tym szybciej dochodzimy do wniosku, że pewne obowiązujące dziś dogmaty nie są wcale takie oczywiste. A to dobry krok od wyzwolenia się z bezkrytycznego przyjmowania papki dziennikarskiej. Kwestionuj wszystko, ale bądź konstruktywny.

Kilka sprostowań się należy, po uprzednich dyskusjach w komentarzach.

Nie mówię, że pieniądzem musi być złoto. Nie jest to jakiś dogmat czy aksjomat. Zauważam tylko fakt, że w toku ewolucji pieniądza, złoto zostało dobrowolnie wybrane na główny pośrednik wymian handlowych. Gdyby ludzie w przeszłości dobrowolnie wybrali sobie już te sławne barany, jako pieniądz, to pisałbym tu, że barany są jedynym prawdziwym pieniądzem. Ale nie wybrali. Wybrali złoto, srebro czy miedź.

Zresztą sam Greenspan to całkiem nieźle opisał w artykule z przed lat. Greenspan to całkiem mądry facet i dokładnie wie co się dzieje dziś w gospodarce. Jego problem polega na tym, że gdy został prezesem FED’u to nagle musiał się zajmować polityką pieniężną i w końcu ugiął się politykom i zaczął drukować pieniądze jak dziki. Teraz nie może powiedzieć to co mówił 40 lat temu, że system monetarny jest chory, a nie wolny rynek. Ale zobaczmy co miał do powiedzenie jak nie był prezesem FED:

Histeryczna wręcz nienawiść do „standardów złota” łączy interwencjonistów państwowych wszelkiego rodzaju. Wydaje się wręcz, że to oni, jaśniej i wyraźniej niż sami zwolennicy gospodarki wolnorynkowej wyczuwają, iż złoto i wolność gospodarcza są niepodzielne, że standard złota jest atrybutem gospodarki wolnorynkowej, i że są one od siebie wzajemnie uzależnione i zdane jedno na drugie.

Aby pojąć przyczyny ich nienawiści, konieczne jest przede wszystkim dokładne zrozumienie, jaką rolę złoto odgrywa w wolnym społeczeństwie.

(…)

Trudno arbitralnie stwierdzić, jaki środek wymiany akceptowany jest przez wszystkich uczestników gospodarki. W pierwszym rzędzie tego rodzaju środek wymiany powinien być trwały. W prymitywnym społeczeństwie, z niskim wskaźnikiem dobrobytu, zwykła pszenica mogłaby się okazać wystarczająco „trwała”, aby służyć jako środek wymiany, albowiem wszystkie procesy wymiany odbywałyby się tylko podczas zbiorów i żniw, bądź też bezpośrednio po nich i nie występowałaby konieczność przechowywania nadwyżki wartości. Ale kiedy tylko znaczenie zaczyna mieć przechowywanie wartości, tak jak to się dzieje w cywilizowanych i bogatych społeczeństwach, wtedy okazuje się, iż środek wymiany musi mieć postać trwałego surowca, najczęściej metalu. Ogólnie mówiąc, metal wybierany jest dlatego, że jest jednorodny i podzielny. Każda jednostka podobna jest do pozostałych i może być kształtowana i magazynowana w dowolnej ilości. Kamienie szlachetne nie są natomiast ani homogeniczne, ani też łatwe do podziału.

Jeszcze ważniejsze jest to, iż dobro, które ma spełniać wymogi środka wymiany musi być przedmiotem luksusowym. Ludzka potrzeba posiadania luksusu jest nieograniczona, dlatego zawsze jest popyt na dobra luksusowe i zawsze są one akceptowane. Pszenica jest dobrem luksusowym w niedożywionym czy głodującym społeczeństwie, ale nie w społeczności, w której panuje dobrobyt. W normalnych warunkach papierosy nie byłyby akceptowane jako pieniądz, ale po II wojnie światowej uznawane były w Europie za dobro luksusowe. Pojęcie luksusowy wskazuje na deficyt i wysoką wartość za daną jednostkę. Ponieważ prezentuje wysoką wartość danej jednostki, dobro tego rodzaju pozwala się łatwo transportować. Na przykład, jedna uncja złota ma taką samą wartość jak pół tony surówki żelaza.

W rzeczywistości jest to kompletnie obojętne. Pieniądz nie ma być narzucony, lecz wolny. Sami sobie mamy go wybierać, do każdej transakcji jak nam wygodnie. Ciekawym przykładem są rolnicy. Oni, zupełnie dobrowolnie wybrali sobie w wielu przypadkach kwintal zboża jak jednostkę rozliczeniową w transakcjach. Przy dzierżawach gruntu ustalają sobie, że za hektar chcą powiedzmy 10 procent średniego plonu z danej klasy ziemi w roku. Jak przychodzi do zapłaty to oczywiście rolnik nie płaci właścicielowi ziemi przywożąc mu worki z pszenicą. Susza nie susza, rolnicy zabezpieczają się od tego wybierając sobie po prostu rozliczenie w czymś innym. Na końcu zamieniają to na pieniądze oficjalne, bo w sklepie zbożem nie zapłaci. I widać wyraźnie, że nie trzeba być ekonomistą po 5 fakultetach, aby dbać o swoje interesy.

Krótko mówiąc pieniądz nie ma być złotem, tylko ma być wolny. Mamy go sobie samemu wybrać. Zgadzam się jednak z tym, że jest to swego rodzaju utopia, tzn. nie przejdziemy do niego inaczej, jak przez totalny kryzys pieniądza papierowego, patrz przykład weimarski. I nie mówię, że mamy do tego doprowadzić. Twierdzę, że prędzej czy później sama konstrukcja obecnego systemu się zawali i do tego doprowadzi. Tylko jak już będziemy w tej beznadziejnej sytuacji, to dobrze wiedzieć co do tego doprowadziło i wyciągnąć jakieś sensowne wnioski.

Kolejnym nieporozumieniem jest mówienie że pieniądz zarabia na siebie, pieniądz robi pieniądz, czy pieniądze pracują. Otóż pracują fabryki wytwarzając różne dobra, a nie pieniądze. Pieniądze same z siebie nie przynoszą bogactwa, gdyż jedyną ich użytecznością pieniężną jest przechowanie bogactwa i możliwość natychmiastowej wymiany na inne dobro. Inna użyteczność, to fakt samej wartości pieniądza wynikającej z tego, ze jest towarem, a wiec dobrem akceptowanym na rynku bez przymusu. Jednak w ujęciu pieniężnym to użyteczność sprowadza się przechowywania bogactwa i możliwość natychmiastowej wymiany na coś innego.

Jeżeli chcemy „zarobić” na naszych pieniądzach to musimy je pożyczyć (lokata) komuś innemu kto wytwarza bogactwo. Ale ten ktoś, załóżmy właściciel fabryki, nie pożycza od nas pieniędzy, po to żeby je sobie trzymać w piwnicy, tylko wymienia je na materiały w hurtowni, czy płaci ludziom. A więc znowu przekazuje je tym, którzy chcą mieć pieniądze na każde wezwanie, by móc wymienić je na coś innego. Bo fabryka tak naprawdę potrzebuje materiałów i pracy ludzkiej do produkcji, a nie pieniędzy samych w sobie. Jeżeli byśmy pożyczyli deweloperowi 100 ton cementu to nie musiałby pożyczać pieniędzy na zakup cementu.

Także możemy sobie potocznie mówić, że pieniądz robi pieniądz, ale w momencie gdy mówimy o systemie monetarnym, takie stwierdzenie to nieporozumienie.

Przeskoczę z wątku pieniądza i odłożę na później, bo wpis się zrobi trochę długi, a ja tu jeszcze chce o Krugmanie i Friedmanie. Rondo9 podesłał linka do artykułu Krugmana, ostatniego noblisty, w którym polemizuje z Friedmanem, a raczej z jego modelem ekonomicznym.

Your ads will be inserted here by

Easy Plugin for AdSense.

Please go to the plugin admin page to
Paste your ad code OR
Suppress this ad slot.

Otóż nadużycie, to nazywanie Friedmana przez Krugmana, że jest zwolennikiem wolnego rynku.

Milton Friedman wielki ekonomista umiał dostrzegać – i dostrzegał – różne „za” i „przeciw”. Ale od Miltona Friedmana wielkiego orędownika wolnego rynku oczekiwano głoszenia prawdziwej wiary, nie wątpliwości. Ostatecznie podporządkował się oczekiwaniom wyznawców.

Firedman proponował taką wolność jaką się proponuje kanarkowi w klatce. Leć sobie na która grządkę chcesz, bele w klatce.

Otóż zarówno Krugman (orędownik Keynesa) jak i Friedman (orędownik monetaryzmu) to ekonomiści propagujący interwencjonizm w rynek, tylko że przy pomocy innych narzędzi.

Krugman chce używać narzędzia fiskalnego, czyli za dług i urzędniczym nakazem rozwijać roboty publiczne w celu stymulowania rynku. Friedman z kolei chce używać narzędzia monetarnego, czyli ustalać urzędniczo stopę procentową (cenę pieniądza) i poprzez druk pieniądza wymuszać wzrost gospodarczy. Taki miedzy nimi wybór, jak pomiędzy dżumą a cholerą. Z wolnym rynkiem nie ma to nic wspólnego.

Krugman piszę o tym wprost, z tym że uważa Friedmana za wolnorynkowca.

Dlaczego to takie ważne? Polityka monetarna jest ściśle technokratyczną i najbardziej apolityczną formą interwencji państwa w gospodarkę. Kiedy Fed postanawia zwiększyć podaż pieniądza, wystarczy, że wykupi od prywatnych banków trochę obligacji państwowych, płacąc za nie przez skredytowanie rezerw tych banków – innymi słowy, musi tylko dodrukować trochę monetarnej bazy. Natomiast polityka fiskalna angażuje rząd znacznie głębiej w gospodarkę. To łączy się często z wyborem wartości: jeśli politycy chcą zwalczać bezrobocie, organizując roboty publiczne, muszą zdecydować, co i gdzie zbudować. Ekonomiści wolnorynkowego chowu chcą więc wierzyć, że wystarczy polityka monetarna, zwolennicy bardziej aktywnego rządu zaś chętniej wierzą w politykę fiskalną.

No to jak??? Oboje chcą sterować i jeden jest za wolnym rynkiem, a drugi za interwencjonizmem? Gdzie tu ta różnica?

Co gorsza na uczelniach ekonomicznych, również tak się przedstawia sprawę. Karmi się studentów Beggiem i Samuelsonem i nie wchodzi w zbytnie szczegóły. Rzadko się zdarza wykładowca, który wyjdzie poza linię nauki narzuconą przez program. Kwestionowanie różnych poglądów mogłoby wywołać dyskusje wśród studentów i mogło by się zdarzyć, że wyjdzie na jaw, że sam jest niedouczony, albo po prostu nie ma przemyślanych pewnych spraw. Nie ma nic złego w tym że się czegoś nie przemyślało. Nikt nie ma zdolności poznania wszystkiego i do końca, jednak wygodniej jest  płynąć z prądem.

Sam student nie ma czasu na zastanowienia. Musi się nauczyć tych wszystkich wykresów, potem to zapije i zapomni. Po studiach może mu jedynie przyjść zaduma, że to wszystko to bullshit. Ale komu przyjdzie?

Monetaryzm był broniony przez Friedmana, i prawił, że podaż pieniądza powinna wzrastać w tempie niezmiennym np. 3-4 procent rocznie.

Dlaczego historyczna dyskusja o roli polityki monetarnej w latach 30. była tak ważna w latach 60.? Jedną z przyczyn było to, że mieściła się ona w szerszej „antyrządowej” strategii Friedmana, o której więcej za chwilę. Ale bezpośrednim powodem była obrona monetaryzmu. Według tej doktryny System Rezerw Federalnych powinien zwiększać podaż pieniądza w stałym, niskim tempie, powiedzmy 3 proc. rocznie, i postępować tak konsekwentnie bez względu na to, co dzieje się w gospodarce. Myśl była taka, żeby przestawić politykę monetarną na autopilota, uniemożliwiając arbitralne działania urzędników państwowych.

Pomijam już fakt, ze samo sztuczne zwiększanie podaży pieniądza prowadzi do niesprawiedliwości, gdyż w uprzywilejowanej sytuacji są ci, którzy mają pierwsi dostęp do „nowej podaży”, a reszta płaci z powodu inflacji.

Głównym powodem powstania FED było „przeciwdziałanie kryzysom”, a w szczególności, przeciw runom na banki. Krótko mówiąc, jak byłoby źle to bank centralny miał dostarczać płynność. Friedman mówi, żeby podaż pieniądza stale rosła o określony procent, żeby uniemożliwić arbitralne działania urzędników państwowych i przełączyć FED na autopilota…. HALO?!? Czy leci z nami pilot? Miltonie, to po co właściwie FED?

Naiwnością jest też podejście, że urzędnicy, a więc de facto politycy, zostawią takie narzędzie w spokoju. Raz dana władza nad pieniądzem, na pewno zostanie politycznie wykorzystywana.

Samo stałe zwiększanie podaży pieniądza kłóci się z friedmanowską teorią racjonalności oczekiwań. Rynek przyzwyczai się do stale rosnącej podaży, czyli inflacji pieniądza, i bodziec przestaje działać. W pewnym momencie musi zacząć rosnąć rośnięcie podaży pieniądza. I tak też się dziś dzieje. Dzisiaj drukujemy w tempie 13-16 procent rocznie. Ile narosło w tym czasie kredytów w nietrafione inwestycje, to stwórca jeden raczy wiedzieć.

Tagi: , , , , , , ,