Fusy na 2010 rok

Your ads will be inserted here by

Easy Plugin for AdSense.

Please go to the plugin admin page to
Paste your ad code OR
Suppress this ad slot.

Minął rok 2009, w którym wyznaczono jak świat sobie będzie radził z kryzysem. Dziś już wyraźnie widać, że kierunek jest jeden, mianowicie upaństwawianie coraz to kolejnych sektorów gospodarki. Nikogo już nie dziwi, że uruchamiane są kolejne transze pomocy do Fannie Mac i Freddie Mac, że po raz kolejny dotuje się GMAC, który jest skrzydłem bankowym zbankrutowanego niedawno General Motors. Rzucanie paczką pieniędzy w kolejne pojawiające się problemy wyrasta wręcz na nową ekonomiczną dziedzinę sportu, w której to bite są kolejne rekordy. Zatrważające jest, jak łatwo świat przeszedł nad tym do porządku dziennego. Zdaje się że uznaliśmy, że tak się musiało stać, skoro się stało.

W noworocznym wydaniu „Wprost”, opublikowano podsumowania i jednocześnie prognozy na następny rok. Wydawało się, że rozsądny Krzysztof Rybiński już w artykule otwierającym pisze:

Znacznie głębszej recesji uniknęliśmy tylko dlatego, że rządy i banki centralne rozpoczęły druk i rozdawanie pieniędzy na skalę bez precedensu w historii ludzkości. Dodatkowy popyt stymulowany drukiem pieniądza i większymi wydatkami rządowymi pozwolił na poprawę koniunktury i rok 2009 kończyliśmy w nie najgorszych nastrojach.

Cieszy fakt, że w mediach zaczynają nazywać rzeczy po imieniu i zamiast Quantitative easing mówimy o druku pieniądza, ale CTKJ? To mówi profesor SGH? Druk pieniądza poprawia koniunkturę? Dalej słusznie zauważa, że programy pomocowe typu Kasa za Gruchoty przesunęły popyt z przyszłości i on może się w następnych latach cofnąć ale..

Ale banki centralne zdają sobie sprawę z tego ryzyka, wiec będą utrzymywały stopy na poziomie bliskim zera i będą drukowały pieniądze tak długo, aż silny prywatny popyt konsumpcyjny i inwestycyjny wróci na dobre.

I rest my case. Proponuje naprawdę wyjść raz z biurowca i obejrzeć sobie jakieś realne życie.

Dalej w owym podsumowaniu jest jeszcze ciekawiej, bo dla każdego coś miłego. Noblista Gary Becker z szkoły chicagowskiej buja w totalnych obłokach twierdząc, że spadną podatki i zmaleją deficyty. Czy on ogląda wykres długu, czy on wie, że uchwalono ustawę zdrowotną, która przy obecnej demografii rozsadzi ten budżet.

Pan Kenneth Rogoff pochodzący z zarządu FED ogromnie martwi się przyszłym kryzysem w Chinach… No naprawdę, groteskowo to wygląda 🙂 Brakowało tylko puenty na koniec… A w Afryce Murzynów biją!

Dalej mamy Shiffa, który trzeźwo sprowadza wszystkich na ziemie. Jego tu nie muszę przedstawiać… Twierdzi że złoto będzie po 5000 dolarów i może i będzie, ale wtedy to już dawno po zabawie.

Pan Willem Biuter z London School of Economics również przestrzega przed inflacją, lecz raczej łagodną w porównaniu do Shiffa, gdyż dwucyfrową. Szkoda że nie napisał, co się wtedy stanie z oprocentowaniem hipotek i samego długu publicznego USA.

Your ads will be inserted here by

Easy Plugin for AdSense.

Please go to the plugin admin page to
Paste your ad code OR
Suppress this ad slot.

Mark Mobius, który występował już w przytaczanym filmie Let’s make money obawia się inflacji a nawet hiperinflacji… Co prawda mówi, że góry pieniądza wpompowane w gospodarkę prosto z powietrza, mogą zostać zaasymiliowane dzięki większej produktywności i większej ilość dóbr w USA, ale nie mówi gdzie ta większa produktywność.. No cóż.. kazdy widać nie chce mówić do końca o co mu chodzi, bo przecież tak jest wygodnie 😀

Oczywiście wszytko jest dalekie od wyjścia z kryzysu. Faktem jest, że Polska, nie odczuła go wcale, gdyż w zasadzie jedyny symptom, oprócz wahnięcia w wzroście PKB to mocne obniżenie kosztów (mniejsze ceny) w przemyśle. Nie ma jakiegoś gigantycznego bezrobocia, korki w miastach jakie były takie są, w centrach handlowych nie można się przecisnąć.

Należy sobie jednak zdać sprawę, że to dopiero początek. W obecnej kulturze jesteśmy przyzwyczajeni, że wszystko musi się dziać szybko i skoro nic się nie stało wokół nas, to pewnie w ogóle nic się nie dzieje… Wielkie bezrobocie po krachu z roku 1929 pojawiło się po 3 latach. Procesy w realnej gospodarce dzieją się o wiele wolniej niż na tablicy wyników notowań giełdowych. Na ten kryzys jednak zareagowano inaczej niż w roku 1929. uruchomiano ogromne programy pomocowe i ogromnymi pożyczkami oraz drukiem pieniądza zaczęto podtrzymywać gospodarkę, która rozpaczliwie dąży do swojej strukturalnej i ozdrowieńczej korekty. Niestety nie pozwolono na ta korektę, gdyż okres przejściowy byłby bolesny. A my nie lubimy bolesnych lekarstw, zatem zamiast gorzkiego leku otrzymaliśmy morfinę. Można i tak, ale trzeba znać konsekwencje. Jak coś rozpoczynasz to patrz końca!!!

Wszędzie się odtrąbią koniec kryzysu. Surmy grają, wszyscy się klepią po plecach, kryzys zażegnano. Problemy jednak są, tylko przesunięto je ze sfery prywatnej do państwowej.

Ten ruch sprawia, że nasze główne spojrzenie w roku 2010 będzie się koncentrować na obligacjach i bilansach banków centralnych. Państwo nie ma swoich pieniędzy, jeżeli „tworzy” jakieś miejsce pracy, to jednocześnie musi je zabrać ze sfery prywatnej. Wszystko co dystrybuuje musi pochodzić z podatków, zadłużenia, albo druku pieniądza. Przy spadających wpływach podatkowych mamy do wyboru dwie pozostałe opcje. Pierwsza, czyli zadłużenie napotyka na poważne problemy. Otóż każdy ma problemy u siebie i nikt za bardzo się nie kwapi do finansowania nowej, świeżo uchwalonej amerykańskiej służby zdrowia. Europa, ma swoje problemy, Arabia cały czas przebąkuje o dywersyfikacji swoich rezerw, a Chiny już nie bawią się w dyplomację i jawnie mówią, że porzucają dolara i kupują złoto. Stąd poważny problem.. Kto kupi amerykańskie obligacje? Oczywiście jest jeszcze stały globalny trick z kupowaniem amerykańskich obligacji przez zagraniczne banki centralne. Banki te, na postawie tych rezerw walutowych drukują swoją własną walutę, ale ta bonanza dla USA zdaje się kończyć. Bank Anglii przecież już kupuje (kupuje to dziwne słowo w tym przypadku) dług swojego własnego rządu, gdyż sam Londyn ma problemy z opchnięciem swoich własnych obligacji.. A jak ma się problemy, to zawsze kupi bank centralny. I tak w aktywach angielskiego banku zamiast długu USA ląduje dług Wielkiej Brytanii. Istnieje jeszcze przykład Japonii, żywo podkreślany jako ścieżkę dla USA. Japonia ma relacje długu publicznego do PKB na zbliżająca się do 250 procent i twierdzi się, że tak samo może wyglądać USA.  Są jednak pewne szczegóły. Japończycy nie są tak zadłużeni jak Amerykanie i stać ich na oszczędzanie, a oszczędzają w obligacjach Japonii. Trudno, żeby nagle amerykanie  przerzucili się na oszczędzanie, kiedy mają masę długów do spłacenia in the first place. Japonia jest krajem eksportowym i notuje ciągłe nadwyżki handlowe, co skutkuje napływem kapitału do kraju, odwrotnie jak USA, której gospodarka usługowa generuje notoryczne i przede wszytkim strukturalne deficyty handlowe. Skąd zatem kapitał? Z pożyczek.

USA stoi przed kolosalnymi potrzebami pożyczkowymi. 2 biliony dolarów samego tylko deficytu budżetowego to kwota niewyobrażalna. Do tego dochodzi rolowanie obecnego zadłużenia, które coraz bardziej skraca swoją zapadalność. Inwestorzy coraz mniej chcą kupować 30 letnie obligacje czy 10 letnie.. Chcą na krótszy termin.. skracanie zapadalności długu to klasyczny symptom przyszłej niewypłacalności (vide Argentyna). Do tego dochodzi zauważalna awersja do kupowania obligacji o stałym oprocentowaniu i żąda się oprocentowania zmiennego… No ba. Zatem najciekawszym wykresem do obserwacji w 2010 roku będzie krzywa obligacyjna.

Nie można jednak w nieskończoność utrzymywać gospodarki z dala od korekty poprzez pożyczki i popyt państwowy, gdyż konie nie pchają wozu, a ogon nie macha psem.. przynajmniej w długim terminie.

Opcja numer dwa, czyli drukowanie, jest ćwiczona równolegle, jednak nieśmiało, gdyż wszyscy sobie zdają sprawę jeżeli nie wprost to podskórnie, że jak przesadzą to z kolei rynek długu poszybuje w kosmos. Drukować można  zawsze, ale to jak z sprawdzaniem na sobie, która dawka heroiny okaże się złotym strzałem.


Tagi: ,