Akap, niewolnictwo i monarchia. Na poważnie.

Your ads will be inserted here by

Easy Plugin for AdSense.

Please go to the plugin admin page to
Paste your ad code OR
Suppress this ad slot.

Dziś wpis gościnny mego serdecznego kolegi Karola Nowackiego, który to prowadzi bloga De Republica emendanda (Pozdrówcie go tam proszę 🙂 )

Wpis jest bardzo hermetyczny, lecz mimo to zdecydowałem się go opublikować. Żeby rozszczelnić trochę temat, trzeba przedstawić głównych bohaterów:

Profesor Rothbard – to jeden z głównych myślicieli libertarianizmu i anarchokapitalizmu. Mimo, że sam wiele czytałem z Rothabarda i podziwiam go za jego jasność i logiczność wypowiedzi,  to moje  zrozumienie dla niego kończyło się wraz z udowadnianiem zbędności państwa. Próby wytłumaczenia prywatnego sądownictwa czy armii i postulaty zniesienia państwa zawsze trąciły mi jakąs dziwną intelektualną komedią 🙂

Cezar Borgia – Syn papieża Aleksandra VI, młodego Casanowy rządnego władzy. Ciekawie opisany w świetnej książce „rodzina Borgiów”.

Resztę bohaterów albo znacie albo sprawdźcie w wiki.

Rynek Jeżycki – miejsce akcji. Poznański bazar gdzie można kupić na lewo mydło, powidło i pietruszkę. Można obejrzeć pod tym linkiem

Pyry to ziemniaki, a gzik to wielkopolski biały ser na śmietanie:)

Enjoy

************************************************************************************

Przechadzałem się właśnie pomiędzy straganami Rynku Jeżyckiego w poszukiwaniu sprzedawcy, który uznałby moją ocenę wartości kilograma pyrów za zawyżoną, gdy usłyszałem, jak ktoś na pół błagalnie, na pół z oburzeniem woła:
– Ależ proszę pani, to jest srebro! Co prawda niecałe pół uncji i próba tylko 625, ale przecież lepsze to niż papier!
Spojrzałem w kierunku, z którego dochodził głos. Nie zobaczyłem jednak wiele; wołającego otoczyli już szczelnie zaciekawieni przechodnie. Podszedłem bliżej; zdawało mi się, że gdzieś już tego człowieka słyszałem. Nic dziwnego zresztą, na Rynku Jeżyckim zawsze spotyka się sąsiadów i znajomych.
Trudno było przecisnąć się do przodu, lecz wystarczyło, że zobaczyłem sam czubek łysiny, a poznałem, do kogo zarówno głos, jak i sama łysina w myśl aksjomatu samoposiadania należą,
– Profesorze Rothbard! – krzyknąłem z zaśpiewem na ostatniej sylabie, jak każą reguły tutejszego dialektu.
Głos ucichł, a łysina poruszyła się w moim kierunku; tłum rozstąpił się i ujrzałem całą postać profesora. Żałosny to był widok! Marynarkę miał pomiętą, okulary złamane w połowie i sklejone taśmą, nawet muszka zwisała smutno, zamiast dumnie zdobić szyję i świadczyć niezawodnie o wolnorynkowej zawartości znajdującej się nad nią głowy.
– A, to pan, witam, witam – powiedział Rothbard i zamachał mi na powitanie dłonią, w której trzymał monetę. – Właśnie tłumaczyłem pani handlarce, że niniejszy krążek srebra – Wskazał monetę, na której widniał napis „XXX lat PRL”. – Nie tylko nie jest gorszy od fiducjarnego pieniądza, zresztą, co ja mówię, nie pieniądza nawet, a prawnego środka płatniczego, ale wręcz przewyższa go pod każdym względem jako prawdziwy i solidny pieniądz kruszcowy.
No tak, to do niego pasowało. Profesor Rothbard zawsze próbował kupować na Rynku Jeżyckim za prawdziwe pieniądze, co jednak rzadko mu się udawało. Problemem nie był tu, jak mu się nieodmiennie wydawało, przymus państwowy. Na Jeżycach policjanci starają się unikać mieszkańców. Po zmroku boją się w ogóle wyjść z komendy na Kochanowskiego; w biały dzień można spotkać ich na ulicach, nigdy jednak nie widziano, aby robili komuś nieprzyjemności z powodu transakcji w walucie innej niż bilety NBP. Nie, to sam profesor popełnił kiedyś poważny błąd: nauczył wszystkich handlarzy subiektywnej teorii wartości. Od tego czasu wpadają w ciężki dysonans poznawczy, gdy próbuje płacić im za warzywa złotem i srebrem, jednocześnie zapewniając ich o wielkich zaletach tych kruszców. Na wszelki wypadek proszą więc o banknoty.
– Dzień dobry, panie profesorze. W sprawie monety niewątpliwie ma pan rację, ale co też się panu przydarzyło? Czyżby napadli pana keynesiści? – spytałem, szczerze zmartwiony. Od dawna podejrzewałem, że wykładowcy Akademii Ekonomicznej coś przeciwko niemu knują.
– Nie, drogi panie. – Zasmucił się Rothbard. – Stało się coś znacznie gorszego. Obawiam się, że zostałem niewolnikiem!
Pokiwałem ze zrozumieniem głową.
– Znów PIT? – zapytałem. Profesor za każdym razem ciężko znosił kontakty z urzędem skarbowym. Mimo to nieludzkie biurwy nie przestawały go nękać.
– W pewnym sensie, proszę pana, ale zacznę od początku – odrzekł ekonomista. – Płynąłem sobie spokojnie statkiem na Grenlandię. Eskimosi zaprosili mnie na sympozjum dotyczące stworzenia waluty lodowej, w ich warunkach bowiem waluta papierowa, wobec małej podaży drzew, nie miałaby pożądanego przez tych biednych, omamionych ludzi charakteru fiducjarnego. Chciałem naturalnie odwieść ich od tego szaleńczego kroku, a przy okazji przekonać do porzucenia idei własnego państwa. Nim jednak dotarłem w tamte okolice, spotkało mnie pierwsze z nieszczęść: podczas sztormu wypadłem za burtę statku.
– Straszne! – krzyknąłem.
– O, tak. Myślałem, że to już koniec, lecz fale wyrzuciły mnie na jakiś brzeg. Pogoda szybko się poprawiła. Zobaczyłem, że jestem na wyspie co prawda bezludnej, zupełnie jednak zdatnej do zamieszkania. Znajdowałem się na piaszczystej plaży, przy ujściu rzeczki. Niedaleko rosły palmy kokosowe i inne, nieznane mi drzewa. Przyjemne miejsce, pomyślałem.
– Czy załoga statku pana tam odnalazła? – spytałem się profesorowi.
– Nie, nie szukali mnie, zresztą postąpili w tej kwestii słusznie: nasza umowa obejmowała wyłącznie podróż, o usługach ratunkowych nie było mowy. Owszem, liczyłem po cichu, że kapitan podejmie takową z własnej woli. Stało się inaczej, o co nie mogę mieć do niego pretensyj. Skoro już znalazłem się w sytuacji, w której pojawiła się potrzeba skorzystania z pomocy, zacząłem zastanawiać się nad zapłatą temu, kogo o nią przy nadarzającej się okazji poproszę. W wodzie wypadły mi z kieszeni wszystkie krugerrandy, musiałem zatem znaleźć inny środek wymiany. Udałem się do zagajnika i podniosłem z ziemi orzecha kokosowego.
– Wiedział pan, że nie narusza przy tym czyjejś własności? – upewniłem się.
– Przyznam, iż to pytanie przyszło mi do głowy dopiero, kiedy miałem już kokos w ręce – odparł Rothbard. – Po krótkim zastanowieniu uznałem, że jestem na tej wyspie, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, pierwszym człowiekiem, aktem podniesienia kokosa zaś dokonałem jej pierwotnego zagospodarowania. Mogłem więc czuć się właścicielem nowego lądu.
– Całkiem korzystne położenie – zauważyłem.
– Zgadza się. Kontynuowałem zbieranie jeszcze przez kilka godzin. Gdy Słońce zachodziło, pożywiłem się częścią plonu, resztę odkładając na poczet przyszłej zapłaty ratownikowi. Poszedłem spać, zadowolony z dobrze wykonanej pracy.
– Jak minęła panu pierwsza noc na pańskiej wyspie?
– Spokojnie. Rano, zaraz po przebudzeniu, ujrzałem zbliżającą się łódkę wiosłową, a w niej młodego Murzyna. Wiosłując energicznie, dotarł on wkrótce do brzegu. Wylądował na kamienistej plaży, znajdującej się po przeciwnej stronie rzeczki. „Dzień dobry”, powiedziałem wówczas. „Dzień dobry”, odpowiedział przybysz. „Czy to pańska wyspa?”, spytał. „W zasadzie tak, ale do tej pory zagospodarowałem tylko ziemie leżące na tym brzegu rzeki”, wyjaśniłem. „Jeśli pan sobie życzy, może pan objąć jako swoją własność tamten brzeg”, zaproponowałem, licząc, że zwiększenie populacji wyspy pozwoli mi na nawiązanie wymiany handlowej, a tym samym stworzenie wydajnej gospodarki opartej na podziale pracy. „Dziękuję, to bardzo uprzejme z pana strony. Nazywam się Piętaszek”, powiedział Piętaszek. „Murray Newton Rothbard, miło mi”, powiedziałem ja, po czym spytałem: „cóż pana tutaj sprowadza?”. „Pochodzę z Zimbabwe”, zaczął Piętaszek. „Pracowałem jako wykwalifikowany operator snopowiązałki u pewnego białego farmera; został on jednak wygnany przez zbirów Mugabego, a oddana jakiemuś politykowi farma szybko zbankrutowała. Nie mogłem znaleźć żadnego dochodowego zajęcia, postanowiłem więc postąpić jak Polacy (jestem bowiem z wykształcenia filologiem polskim), którzy wobec trudnej sytuacji w kraju emigrują na Wyspy”. „Rozsądnie”, zgodziłem się.
– Czy pan profesor próbował zakupić u nowego mieszkańca wyspy potrzebne usługi przewozowe?
– Tak. Niestety nie osiągnęliśmy porozumienia co do ceny; pan Piętaszek nie miał ochoty na podróż, a łódka była mu potrzebna do codziennych połowów. Trudno było mi na tym etapie rozwoju gospodarki wyspy zaoferować mu coś wystarczająco, jego zdaniem, wartościowego, aby doszło do obupólnie korzystnej transakcji.
– Trudna sytuacja. – Zmartwiłem się.
– Nie, proszę pana, nie w porównaniu z tym, co nastąpiło później. Przez pewien czas żyłem spokojnie obok Piętaszka, sprzedając mu czasem kokosy za ryby.
– Na wyspie panował zatem spontaniczny porządek – zauważyłem.
– Lecz tylko do czasu! Pewnego ranka zobaczyłem, że u brzegu stanął na kotwicy luksusowy jacht. Na brzeg zszedł mężczyzna lat dwudziestu kilku, atletycznej budowy, z długimi włosami i starannie przystrzyżoną brodą, w towarzystwie dwóch urodziwych kobiet. Ubrany był w kąpielówki i pas, przy którym nosił miecz. Ujrzawszy mnie, uśmiechnął się serdecznie. „Jestem Cezar Borgia, zwany przez lud xięciem Valentino. Możesz mi mówić po prostu >>Xiążę<<„, przedstawił się. „Murray Rothbard, profesor ekonomii”, odpowiedziałem, niczego jeszcze nie podejrzewając. W końcu każdy może sam wybrać, jak chce być nazywany. „Widzę, że masz tu kokosy, Murray. Przynieś mi jednego”, powiedział Valentino. Podałem mu jeden z dorodniejszych orzechów. Nie mówiłem na razie nic o cenie; uznałem, że warto zachęcić nowego klienta nieodpłatną próbką towaru, tym bardziej, że najwyraźniej zamierzał ze swoich środków zaspokajać również potrzeby towarzyszek. Xiążę podziękował grzecznie i rozłożył się na plaży. Nie protestowałem, miejsca było dosyć, a nie wydawało mi się rozsądnym zrażać przybysza dysponującego środkiem transportu. Nazajutrz pan Borgia, bardzo grzecznym tonem, ponownie poprosił o kokos.
– Znów oddał pan go za darmo?
– Tym razem postanowiłem podejść do sprawy bardziej biznesowo. „Xiążę”, powiedziałem, „proponuję panu trzydzieści kokosów w zamian za przewiezienie mnie do domu”. Słysząc to, Valentino roześmiał się. „Nie zamierzam stąd zbyt szybko odpływać”, oświadczył. „To znakomite miejsce na wakacje. Przynieś mi po prostu kokos”. „A co oferuje mi pan w takim razie w zamian?”, chciałem się dowiedzieć, wciąż jeszcze wierząc w dobre intencje rozmówcy. Odpowiedź mnie przeraziła: „nic, przyjacielu; każę ci przynieść orzecha”.
– Doprawdy, przykre nieporozumienie.
– Jeszcze jak! Zaprotestowałem oczywiście żywiołowo, ale Xiążę tylko uśmiechnął się i poprawił miecz przy pasie. Było jasne, że zamierza zmusić mnie przemocą do oddania mojego majątku!
– Czy chciał pan przeciwstawić się napastnikowi?
– Myślałem o tym, naturalnie, jednak nie miałem żadnych szans w siłowej konfrontacji. Przez moment chciałem nawet oddać życie w imię wolności. Na dłuższą metę i tak wszyscy jesteśmy martwi, pomyślałem, zganiłem się jednak zaraz za tę niedorzeczną ideę. Nie mogłem przecież oszukiwać samego siebie: moja preferencja czasowa nie jest tak wysoka, abym w zamian za chwilę poczucia wolności zrezygnował z całej reszty życia.
– Oddał pan zatem kokos?
– Tak, z ciężkim sercem. Ta sama sytuacja powtarzała się później codziennie, z tym tylko, że już nie protestowałem, wiedząc, iż niczego argumentami moralnymi nie osiągnę.
– Ale, ale… – Nasunęło mi się wyjście z trudnego położenia profesora. – …czy nie mógł pan wynająć prywatnej agencji ochrony do powstrzymania agresji?
– Sięgnąłem po ten środek. Poszedłem do pana Piętaszka i namówiłem go, by zajął się usługami ochroniarskimi. Wziął tęgi kij i przeszedł na moją stronę rzeczki. Gdy jednak zobaczył Cezara Borgię i jego miecz, stwierdził, że nie jest w stanie mi pomódz, gdyż jego agencja ochrony okazała się zbyt słaba w stosunku do złoczyńcy.
– Szkoda, że pobliżu nie działały większe agencje.
– Zdarzyło się, że pomoc ze strony dużej prywatnej agencji ochrony zdała mi się realną możliwością. Otóż wracając któregoś razu z kokosowego zagajnika, zobaczyłem znajomy okręt: w pobliżu wyspy przepływał Ragnar Danneskjöld!
– On z pewnością pomógł panu profesorowi!
– Myślałem, że tak właśnie się stanie. Zacząłem dawać sygnały dymne z rozpalonego naprędce ogniska; Wkrótce też sam pirat podpłynął w szalupie. „Dzień dobry, profesorze Rothbard”, przywitał się. „Dzień dobry, kapitanie Danneskjöld. Czy nie mógłby mnie pan stąd zabrać?”, spytałem. „Niestety nie”, zasmucił się Danneskjöld.”Mój okręt jest wypełniony szczelnie łupami zdobytymi na statkach przewożących unijną pomoc dla Grecji. Nie ma ani jednej wolnej kajuty”. „A czy ma pan chociaż chwilę czasu? Jest tu pewien grabieżca, który regularnie okrada mnie z kokosów. Byłbym bardzo wdzięczny, gdyby zgodził się pan nauczyć go szacunku dla prawa własności”. „Pobić grabieżcę? Z przyjemnością!”, rozpromienił się kapitan. Wysiadł z szalupy, wyjął z kabury rewolwer i poszedł ze mną w miejsce, gdzie przebywał Valentino. Byłem pewien, że jestem uratowany. Zobaczyliśmy Xięcia opalającego się na plaży. Wtedy, ku mojemu najwyższemu zaskoczeniu, pirat schował broń i pomachał przyjaźnie ręką. „Ragnar, to ty?”, zawołał na jego widok mój oprawca. „Cezar, kopę lat!”, odpowiedział Danneskjöld, po czym zwrócił się do mnie: „profesorze, dlaczego nie poprosił pan o pomoc Cezara Borgii?”. „To właśnie on mnie uciska!”, zawołałem z oburzeniem. „Skąd go pan kapitan w ogóle zna?”, spytałem. „Och, jesteśmy przyjaciółmi z dzieciństwa. Widzi pan, jego ojciec jest papieżem, a mój biskupem.” Potem Danneskjöld i Borgia spędzili kilka godzin na serdecznej rozmowie. Ja, załamany, wróciłem do zbierania kokosów.
– Jaki nieszczęśliwy zbieg okoliczności! Okazało się, że ta agencja ochrony, która dysponowała wystarczającymi środkami do usunięcia złoczyńcy, była z nim w dobrych stosunkach! Może chociaż jakieś państwo podjęło się ratunku w imię zasad moralnych?
– Przez moment łudziłem się, że w tej ciężkiej sytuacji państwo demokratyczne może okazać się mniejszym złem. Zdarzyło się, że nad wyspą pojawiło się jakby zafalowanie powietrza. Po paru sekundach wyłonił się z niego klingoński okręt gwiezdny. Drzwi otworzyły się i wyjrzał przez nie jakiś człowiek. „Dzień dobry. Jestem kapitan James T. Kirk”, przedstawił się. „Dzień dobry. Profesor Murray N. Rothbard”, odpowiedziałem. „A, to pan”, zmartwił się nieco Kirk. „Co do tego okrętu, chciałbym pana zapewnić, że to Klingoni zainicjowali agresję”, powiedział. Ucieszyłem się, że rozmawiam z przyzwoitym człowiekiem. „Nie widział pan tu wielorybów?”, spytał Kirk. „Nie”, odrzekłem zgodnie z prawdą. „Ale skoro już tu pan jest, kapitanie, może zabrałby mnie pan z tej wyspy? Utknąłem tu dość niefortunnie w towarzystwie nieprzyjemnego typa, xięcia Valentino”, dodałem. Kapitan wyjaśnił, że nie pozwala mu na to Pierwsza Dyrektywa, po czym przeprosił i udał się w dalsze poszukiwanie wielorybów.
– No tak, państwo demokratyczne, spętane własnymi regułami, nie mogło interweniować skutecznie. Zresztą któż spodziewałby się po nim czegoś innego! Ale ze strony wolnych społeczności otrzymał pan chyba wsparcie?
– Tak, pan Piętaszek zgodził się ogłosić bojkot handlowy Xięcia. Byłem mu bardzo wdzięczny za to, że tak stanowczo daje silniejszemu do zrozumienia brak akceptacji jego zbrodniczej polityki.
– Czy oprawca się przez to zreflektował?
– Nie, bo też na rybach Piętaszka nigdy mu szczególnie nie zależało. Jeśli już miał na nie ochotę, zabierał po prostu te, które ja kupowałem na własny użytek.
– Mógł pan poprosić o ścisłe embargo.
– Owszem, lecz wtedy sam nie miałbym wcale ryb, a pożytek z takiego kroku byłby niewielki. W ostateczności Borgia podbiłby drugi brzeg rzeczki, tak jak podbił ten.
– Pozostawał panu jeszcze apel do sumień zwolenników tyrana i podburzenie przeciw niemu opinii publicznej.
– Próbowałem i tego; powiedziałem kiedyś jednej z towarzyszących panu Borgii niewiast, że słuszną etycznie rzeczą byłoby z jej strony zerwanie stosunków z moim prześladowcą. Obawiam się, że nieco opacznie mnie zrozumiała, gdyż w odpowiedzi spoliczkowała mnie, łamiąc przy tym me okulary, po czym odwróciła się i demonstracyjnie poszła w stronę, gdzie akurat przebywał Valentino.
– Trudno się w gruncie rzeczy dziwić, że nie znalazł pan zrozumienia u tych, którzy z obecności prześladowcy czerpali korzyści. Jak wobec tego udało się panu profesorowi powrócić w końcu do domu?
– Wstyd mi o tym mówić; Xiążę ogłosił któregoś dnia, że jego wakacje na wyspie się skończyły i, jak to ujął, „w podzięce za wierną służbę” zabrał mnie na pokładzie swego jachtu do najbliższego portu. Stamtąd wróciłem już bez przeszkód i przygód. – Mówiąc to, profesor Rothbard rozpłakał się, nie wiem, czy bardziej z powodu swego cierpienia pod jarzmem monarchy, czy raczej dlatego, że w końcu znienawidzony władca zrobił dla niego więcej niż prywatne agencje ochrony oraz demokratyczne państwa. Pożegnaliśmy się z profesorem. Wróciłem do domu, rozmyślając nad jego smutnym losem.
O pyrach z tego wszystkiego zapomniałem. Na szczęście przy rozstaniu Rothbard podarował mi kokosa, który też nieźle pasował do gziku.

Tagi: ,